Soundtrack

10 czerwca, 2016

06 Cherry wine


,,Zamiary są wiatrem, kiedy nie idą z wykonaniem w parze'' 
William Shakespeare   

Elijah
Zaczęło się od tego że bałem się. Oczywiście nikt nie podzielał moich obaw. Nikt się nie bał. Żyłem samotnie w strachu. Codzienna perspektywa. Chyba wcale jej nie było. Miałem ją kiedy byłem szczęśliwy jako człowiek. Zostało to zniszczone. Chciałem chociaż na chwile poczuć się tak jak kiedyś. Pozbyć się nienawiści. Nadia córka Kateriny odwiedziła nas. Ale czy mogłem powiedzieć jej prawdę? Oczywiście że nie. Wtedy wszystko legło, by w gruzach. Tak sobie to tłumaczyłem. Nie nieuniknionym jest to że prawda kiedyś wyjdzie na jaw. I jestem tego zupełnie świadom. następnego wieczora po tym odwiedziła  nas najmłodsza Petrova do mojej sypialni weszła Julie z propozycją której się nie spodziewałem.     
-Dobrze wiemy że chcesz tego-powiedziała-Zrobi ci to dobrze. Jak i nam pozostałym. Twój niepokój udziela się nam wszystkim. Dlaczego upierasz się ze to zły pomysł? Elijah...Wiem że jesteś pomiędzy. Ale nie możesz tak tkwić wiecznie. 
Miała rację. Żyłem tylko tym, aby ukrywać prawdę przed Aizenem. Zapomniałem o kobiecie która była zupełnie gdzie indziej. Poza moim zasięgiem. A teraz możliwe było abym ją spotkał. Nie wiadomo jak długo. Spojrzałem na blondynkę zastanawiając się nad nie wiadomo czym. 
-Chcę tego. Ale jeśli zechcę zostać tam na zawszę?-zapytałem ją
-Nie możesz. Będziesz musiał uciec stamtąd. Wiesz że to tylko czar. Aby przyciągnąć ciebie do jej duszy. Cała ta sceneria jest ubarwiona. W rzeczywistości to pustka. Kiedy wszystko zacznie znikać musisz się obudzić. Jeśli chcesz wrócić do żywych. 
Całe życie uciekam. Jestem uciekinierem przez tysiąc lat uciekałem przed swoim ojcem. A teraz uciekam kolejne siedemnaście lat przed prawdą która zaczyna mnie doganiać. Zgodziłem się . Żal mi było Kateriny. Nie zasługiwała na to, aby krążyć w pustce. Zasłużyła na lepsze miejsce zrobiła wiele złego, ale tylko dlatego ,aby przetrwać. Tak jak zrobiłby każdy z nas. Nie chciałem czekać chciałem zobaczyć ją. Patrzeć w jej oczy. Położyłem się na łóżku odstawiając kieliszek wiśniowego wina pozwalając Julie rozciąć swój nadgarstek. To było ostatnią rzeczą jaką pamiętałem po tym jak moje powieki zamknęły się. Jasne oślepiające światło. Śpiew ptaków wszystko wydawało się jak z bajki. Rozglądałem się dookoła oszołomiony tym miejscem. Jednak nic nie był prawdziwe to tylko czary. Prawdziwy byłem ja nie to otoczenie to była pustka. Szedłem po soczyście zielonej trawie rozglądając się za swoją ukochaną. Jednak nigdzie jej nie widziałem. Grzmot. Piorun uderzył o ziemię. Czy to było normalne? Słońce znikło za czarnymi chmurami od razu z nieba zaczął spadać deszcz. Ptaki przestały śpiewać. Gałęzie drzew bujały się pod wpływem wiatru. Wszystko zmieniło się momentalnie. Uciekłem do najbliższego schronienia którym był dom. Na werandzie w bujanym fotelu bujała się beztrosko postać. Nie była poruszona warunkami atmosferycznymi. Nie bała się niczego. Byłem coraz bliżej dostrzegając detale jej wyglądu. Brązowe kręcone włosy odrzucone były do tyłu wzrok utkwiony gdzieś w dali. Co chwila wędrował w miejsce w które uderzył w piorun. Podszedłem do kobiety ubranej dokładnie tak jak w dniu jej pochówku. Stanąłem obok bujanego fotela na którym siedziała. Niepewnie położyłem rękę na jej ramieniu pod moim dotykiem brunetka zadrżała. Spojrzała na mnie przez ramię. Jej beztroski wyraz twarzy od razu znikł zastąpił go strach. Bała się mnie. Strząsnęła moją rękę z swojego ramienia i stanęła naprzeciw mierząc mnie spojrzeniem. Nie było ono przyjemne. Spojrzałem jej prosto w oczy myomo że się bała poczułem przyjemne ciepło mogąc spojrzeć jej głęboko w oczy. Poczuć przez chwilę to co ona. Mieszankę strachu i błogości. 
-Jesteś prawdziwy?-zapytała niepewnie
-Skąd pomysł że mógłbym być nie prawdziwy?-odpowiedziałem pytaniem na pytanie 
-Ponieważ to co jest tu dookoła jest nie prawdziwe. I zazwyczaj kiedy pojawia się kopia Elijah nie jest tym prawdziwym mimo że podają się za niego samego. Też tak uważasz że jesteś nim?
-Tak-odpowiedziałem zdziwiony 
-To powiedz mi to i spójrz w oczy-powiedziała pewnie-Nie sadzę, abyś był do tego zdolny. 
Nie było to nic trudnego. Tylko o co w tym chodziło?
-To ja Katerino. To ja Elijah-wyszeptałem 
Poszedłem do niej i podniosłem wzrok, aby spojrzeć jej w oczy. Kolejny grzmot. Bardziej przerażający wiatr przybrał na sile. Wszystko zaczęło wirować. Kobieta upadła a ja razem z nią oddalając się od niej.  
-To ja!-krzyczałem 
Jednak wiatr i grzmoty zagłuszały mnie. Wyciągnąłem do niej rękę wiedziałem że kiedy wstanę znowu upadnę oddalę  się od niej. Musiała mi zaufać. Tylko co mogłem zrobić, aby mi zaufała? Zdałem sobie sprawę że tu jesteśmy marionetkami. Jesteśmy pociągani przez sznurki władzy za które odpowiedzialny jest los i przeznaczenie. Podobno nie da się ich pokonać. Ale skoro tu byłem to mogłem zaryzykować. Nic bym nie stracił. I tak byłem na krawędzi. Mogłem wygrać złoszcząc tych na górze i jednocześnie zbliżając się do przegranej. Zwycięstwo i tak było, by krótkie.Życie jest jedną wielką niewiadomą. Jeśli nie zaryzykujesz to się nie dowiesz i będziesz żałował. Mimo że było ciężko próbowałem powstać tylko, aby po to, aby ponownie upaść, ale być w pobliżu Kateriny przez chwilę. Kolejne uderzenie. Złapałem się marmurowej kolumny stawianie kroków sprawiało mi trudność. Jeden nieodpowiedni ruch mógł wziąć się z upadkiem. Z czasem udało mi się podejść na tyle, aby wyciągnąć do niej rękę.Przerażona złapała mnie za rękę. Burza znikła razem z chmurami nie zostawiając za sobą śladu. 
-To ja Katerino. To ja Elijah-powtórzyłem patrząc jej w oczy 
-Wiem że to ty. Tylko chciałam Cię sprawdzić. Większość z nich nie zrobiła, by tego co oni-powiedziała 
Zarzuciła mi ręce na ramiona a ja uśmiechnąłem się do niej. Gniew znikł. Uwierzyłem że to co jest dookoła jest prawdziwe. Słońce ptaki.... To sprawiło że zapragnąłem, aby mieć to naprawdę. Aby tu zostać na zawsze. Katerina patrzyła na mnie uśmiechając się. Jednak w jej oczach dostrzegłem smutek. Usiadłem w fotelu sadzając ją na swoich kolanach.
-O co chodzi?-zapytałem cicho
-Dlaczego go nienawidzisz?-wyszeptała-To jest nasze dziecko. Wiesz że chcieliśmy je mieć. Nie miało tak być. Czuję się winna że nie walczyłam. Ale nie spodziewałam się że to tak się potoczy. Szczęście bardzo szybko nam ucieka...
-Nie mogę kochać dziecka które odebrało ci życie-broniłem się-Które zniszczyło nasze plany. Spójrz na mnie. Wyglądam tak samo. Odwrócili zaklęcie bojąc się że zrobię sobie coś złego.
-On jest darem. Nie ważne czy jestem tam z wami czy nie. Pamiętasz jesteśmy rodziną-przypomniała-Bez względu na dzielące nas bariery.
Pokręciłem głową. Nie rozumiała mnie.Broniła go pomimo że to on przyczynił się do jej śmierci. Uśmiechała się cały czas mówiąc o nim. Nie chciała zrozumieć mnie czemu go nienawidzę.
-Dlaczego mam wrażenie że wybrałaś go?-zapytałem
Spojrzała się na mnie wiedziałem że zraniłem ją tym pytaniem. Pokręciła głową i podeszła do mnie.
-Przecież to Ciebie wybrałam-powiedziała cicho-Nic nas nie rozdzieli pamiętasz? Nawet on.
Chciałem, aby była szczęśliwa. Nie chciałem żeby cierpiała z powodu moich negatywnych uczuć do Aizena. Pogładziłem ją po włosach chcąc nacieszyć się tą chwilą. Momentem tak krótkim. Jednak dla mnie znaczył tak wiele. Wszystko zaczęło znikać. Katerina znikła tak jak i wszystko inne. Wróciłem do Nowego Orleanu do swojej sypialni w domu na Burbon Street. Leżałem na swoim łóżku cały mokry. Sypialnię oświetlała jedna lampka nocna która stała obok na stoliku nocnym. Byłem cały mokry. Ale nie byłem tu sam. Ktoś był obok. Potarłem oczy. Czułem się słaby. Po ponownym otworzeniu oczu ujrzałem członka Strix. Ben. Przemieniłem go w wampira 980 lat temu. Stał nad mną z ostrzem Papy Tunde. Nie zdążyłem nic powiedzieć ponieważ ostrze zostało wbite w moją klatkę piersiową. Reszta siły uciekła z mojego ciała a ja odpłynąłem w dal.